Hiszpańska sztuka ulicy

Dla entuzjastów street artu niewiele miejsc w Europie oferuje tak wiele jak Saragossa. Sama raczej lubię tę formę sztuki, choć jak to ze sztuką w ogóle bywa, jedne prace mi się podobają bardziej, inne mniej, a niektóre w ogóle. Można też natknąć się na przykłady zwykłego wandalizmu, ale to akurat zdarza się wszędzie.

Uwielbiam chodzić po ulicach Saragossy, choćby dlatego, że niespodziewana obecność nowego muralu zaskakuje i wytrąca z szarej rzeczywistości. W większości przypadków są tą prace ideologicznie dość neutralne, choć niektóre mają konkretny przekaz, a czarują głównie swoją formą: bogactwem kształtów i kolorów.

Poza tym, bardzo pociąga mnie organiczny wymiar street artu: one żyją! Rosną i zmieniają się pod wpływem warunków atmosferycznych; pojawiają się ni stąd ni z owąd, jak młode pędy w niesprzyjającym klimacie i niekoniecznie gościnnej przestrzeni. Niestety najczęściej również niszczeją i giną jak rośliny: stopniowo i cicho. Ta ich dynamika jednak sugeruje też, że samo miasto żyje i jest bardziej jak puszcza, niż przydomowy, zadbany ogródek.

Ważnym aspektem street artu jest również jego egalitarność: tak długo (a raczej krótko) jak są, są dla wszystkich. Można by się nawet pokusić o stwierdzenie, że są bardziej dla tych mniej uprzywilejowanych, którzy często mieszkają lub bywają w bliskości niezagospodarowanych, a nawet zdezelowanych przestrzeni.

W stolicy Aragonii, obecność street artu ożywia szczególnie centrum miasta, casco histórico, co jest niezwykłym przykładem pro-streetartowej polityki miasta. W promowaniu street artu w Saragossie i Saragossy wśród artystów streerartowych bardzo pomaga znany festiwal Asalto: we wrześniu 2014 miała miejsce dziewiąta i chyba jak dotąd ostatnia jego edycja. Strona festiwalu (http://www.festivalasalto.com) jest świetnym źródłem informacji na temat inicjatyw street artowych i losów poszczególnych murali. Na przykład: pisząc tą notkę zerkałam do hiszpańskojęzycznych źródeł na temat street artu w Saragossie, podziwiając zdjęcia, które są dużo lepsze niż moje. Tak właśnie natknęłam się na duży mural w miejscu, które często mijałam i w roku 2011 i w trakcie mojej wizyty marcowej, ale go nie zauważyłam. Okazało się, że jego obecność na mapie miasta była bardzo krótka: powstał w ramach ósmej edycji festiwalu Asalto w 2013, a jego twórcą jest meksykański artysta Smithe, lecz nie spodobał się okolicznym mieszkańcom i już w lutym mural został usunięty. Apel do zniszczenia pracy nie był jednogłośny, a pewne źródła sugerują, że jej główny problem polegał na tym, że nie była związana w żaden sposób z Matką Boską na Filarze czy Goyą, którzy rządzą na dzielni. (Smithe umieścił swój mural tuż obok dość nudnego street artowego ujęcia Maryji na Filarze, który mimo, że ideologicznie i estetycznie bardziej ociężały i konserwatywny, większości nie przeszkadza.)

Autor artykułu słusznie ubolewa nad stratą tak wyrazistego muralu, choć sama na pewno nie nazwałabym go „ładnym” czy choćby „miłym dla oka”. Naturalnie ta „miłość dla oka” nie jest i nie powinna być elementem decydującym o wartości danej pracy, ale historia czerwonego roboto-pająka (to właśnie przypominała stworzona postać) potwierdza to, co zauważyłam w kilku innych kwestiach: Saragossa jest przede wszystkim miastem jej mieszkańców i to oni decydują o tym, czy chcą codziennie widzieć wytwór streetartowy, co również pokazuje, że korzenie afirmacji czy choćby akceptacji street artu w Saragossie nie są aż tak głębokie.

W kontekst losu muralu Smithe’a całkiem ciekawie wpisuje się artykuł z Guardiana na temat miejscowości Fanzara, która jest jedną z wielu wymierających przestrzeni Hiszpanii (to wymieranie wspaniale ujmuje film “Niebo obraca się”/”El cielo gira”), a którą próbuje się zrewitalizować sztuką ulicy. Wydaje się, że działa: http://www.theguardian.com/artanddesign/2015/apr/14/street-art-fanzara-spain-graffiti-artists

Mam kilku ulubieńców wśród artystów, którzy tworzyli lub tworzą w Saragossie. Pierwszym z nich jest niewątpliwe Roa – Belg, który działa w różnych miastach (np. bardzo bym chciała zobaczyć lisa, którego podobno stworzył w Bristolu). Uwielbiam go za monumentalne biało-czarne zwierzęta, które sprytnie sytuuje w zaskakujących zakamarkach miasta. W Saragossie mam słabość szczególnie do jego królika, który niestety z roku na rok niszczeje coraz bardziej. Bardzo lubię też słonia i ogólnie zadbany styl lokalnego artysty o pseudonimie Chiquita. Poza tym, to bardzo fajnie w przestrzeń miejską wpisują się pop-artowe prace rosyjskiej grupy 310 Squad. Jest też sporo prac, których nie udało mi się znaleźć (jeszcze?) w Internecie i twórców których nie znam.

Advertisements

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s