Mój mini przewodnik po muzeach w Saragossie po hiszpańsku

Guía por los museos de Zaragoza

Existen muchas razones para visitar Zaragoza. La ciudad está sumergida en la historia de una forma impresionante, desde el Imperio Romano, a través de la llegada del islam y después de la conquista, inquisición, los sitios, la guerra civil y mucho más. La ciudad cuenta con testimonios de la gente más impactante de la cultura y ciencia en España que vivieron en ella. Todo esto dejó una huella y se lo puede experimentar de forma concreta gracias a los museos, que en Zaragoza ofrecen muy variadas maneras de descubrir la historia, cultura y ciencia que impactaron no solo a la capital de Aragón, sino también a toda España.

Esta guía se puede utilizar según la preferencia del lector, pero el camino sugerido aquí tiene carácter cronológico. Por eso el primer lugar que vale la pena visitar es el Museo de Zaragoza, situado en la Plaza de los Sitios. Este museo nos ofrece una impresionante riqueza de artefactos de prehistoria, tiempos romanos y medioevo expuestos en una forma tradicional. Después hay varios lugares (algunos subterráneos) que se pueden visitar con un billete. Todos ellos nos llevan a tiempos romanos: Museo del Puerto Romano, Museo Termas Públicas de Caesaraugusta, Museo del Foro de Caesaraugusta, Museo del Teatro Romano de Caesaraugusta. Se les puede clasificar como museos tradicionales, pero algunos incluyen modernas instalaciones y presentaciones para mejor visualización de los cambios que ocurrieron a través del tiempo.

Para los entusiastas de mudéjar, Zaragoza cuenta con templos que vale la pena ver: la iglesia de La Magdalena, San Gil, San Pablo, San Miguel y la Seo. Este último contiene también el asombroso Museo de Tapices y Capitular de la Seo. Museo de los Faroles y Rosario de Cristal, completamente único y extraordinario, echa luz sobre una tradición típica de esta ciudad exponiendo el monumental rosario de cristal en la iglesia de San Pablo. El Museo Diocesano es también muy sorprendente y nos deja descubrir aspectos interesantes sobre la historia espiritual y religiosa de esta conocida destinación de peregrinación. Aunque todos los artefactos son muy antiguos, el museo los expone en una forma muy moderna y fresca.

Uno de los artistas más afamados de Aragón fue Francisco José de Goya y Lucientes y es natural que Zaragoza tenga una de las colecciones más imponente de este pintor en el Museo Goya Colección Ibercaja. Las pinturas de Goya y sus contemporáneos son expuestas en una manera tradicional, pero en condiciones excelentes, con buena luz y mucho espacio. Otro artista impactante en la historia de España que nació en Zaragoza fue Pablo Gargallo. El Museo Pablo Gargallo es un lugar perfecto no solo para todos los que ya conocen su arte, sino también para todos con mente abierta que todavía no conocen su estilo tan particular. Este moderno museo tiene todas las obras necesarias para que un visitante se enamore de las esculturas de Gargallo. Otro museo muy moderno que expone esculturas cautivadoras de un artista aragonés es el Museo Pablo Serrano. Está situado en un edificio alucinante de 1995 y creado por los espacios únicos que crean un ambiente óptimo para las obras de Serrano. CaixaForum Zaragoza es otro museo muy nuevo, abierto en 2014 que nos ofrece un espacio único para contemplar el arte del mundo y de los artistas locales.

Todos los museos sugeridos en esta guía constituyen un primer paso para descubrir la riqueza histórica y cultural de Zaragoza. Pueden ser visitados juntos o distribuidos a través de varias visitas en la capital aragonesa que vale la pena de conocer.

 

Hiszpańska sztuka ulicy

Dla entuzjastów street artu niewiele miejsc w Europie oferuje tak wiele jak Saragossa. Sama raczej lubię tę formę sztuki, choć jak to ze sztuką w ogóle bywa, jedne prace mi się podobają bardziej, inne mniej, a niektóre w ogóle. Można też natknąć się na przykłady zwykłego wandalizmu, ale to akurat zdarza się wszędzie.

Uwielbiam chodzić po ulicach Saragossy, choćby dlatego, że niespodziewana obecność nowego muralu zaskakuje i wytrąca z szarej rzeczywistości. W większości przypadków są tą prace ideologicznie dość neutralne, choć niektóre mają konkretny przekaz, a czarują głównie swoją formą: bogactwem kształtów i kolorów.

Poza tym, bardzo pociąga mnie organiczny wymiar street artu: one żyją! Rosną i zmieniają się pod wpływem warunków atmosferycznych; pojawiają się ni stąd ni z owąd, jak młode pędy w niesprzyjającym klimacie i niekoniecznie gościnnej przestrzeni. Niestety najczęściej również niszczeją i giną jak rośliny: stopniowo i cicho. Ta ich dynamika jednak sugeruje też, że samo miasto żyje i jest bardziej jak puszcza, niż przydomowy, zadbany ogródek.

Ważnym aspektem street artu jest również jego egalitarność: tak długo (a raczej krótko) jak są, są dla wszystkich. Można by się nawet pokusić o stwierdzenie, że są bardziej dla tych mniej uprzywilejowanych, którzy często mieszkają lub bywają w bliskości niezagospodarowanych, a nawet zdezelowanych przestrzeni.

W stolicy Aragonii, obecność street artu ożywia szczególnie centrum miasta, casco histórico, co jest niezwykłym przykładem pro-streetartowej polityki miasta. W promowaniu street artu w Saragossie i Saragossy wśród artystów streerartowych bardzo pomaga znany festiwal Asalto: we wrześniu 2014 miała miejsce dziewiąta i chyba jak dotąd ostatnia jego edycja. Strona festiwalu (http://www.festivalasalto.com) jest świetnym źródłem informacji na temat inicjatyw street artowych i losów poszczególnych murali. Na przykład: pisząc tą notkę zerkałam do hiszpańskojęzycznych źródeł na temat street artu w Saragossie, podziwiając zdjęcia, które są dużo lepsze niż moje. Tak właśnie natknęłam się na duży mural w miejscu, które często mijałam i w roku 2011 i w trakcie mojej wizyty marcowej, ale go nie zauważyłam. Okazało się, że jego obecność na mapie miasta była bardzo krótka: powstał w ramach ósmej edycji festiwalu Asalto w 2013, a jego twórcą jest meksykański artysta Smithe, lecz nie spodobał się okolicznym mieszkańcom i już w lutym mural został usunięty. Apel do zniszczenia pracy nie był jednogłośny, a pewne źródła sugerują, że jej główny problem polegał na tym, że nie była związana w żaden sposób z Matką Boską na Filarze czy Goyą, którzy rządzą na dzielni. (Smithe umieścił swój mural tuż obok dość nudnego street artowego ujęcia Maryji na Filarze, który mimo, że ideologicznie i estetycznie bardziej ociężały i konserwatywny, większości nie przeszkadza.)

Autor artykułu słusznie ubolewa nad stratą tak wyrazistego muralu, choć sama na pewno nie nazwałabym go „ładnym” czy choćby „miłym dla oka”. Naturalnie ta „miłość dla oka” nie jest i nie powinna być elementem decydującym o wartości danej pracy, ale historia czerwonego roboto-pająka (to właśnie przypominała stworzona postać) potwierdza to, co zauważyłam w kilku innych kwestiach: Saragossa jest przede wszystkim miastem jej mieszkańców i to oni decydują o tym, czy chcą codziennie widzieć wytwór streetartowy, co również pokazuje, że korzenie afirmacji czy choćby akceptacji street artu w Saragossie nie są aż tak głębokie.

W kontekst losu muralu Smithe’a całkiem ciekawie wpisuje się artykuł z Guardiana na temat miejscowości Fanzara, która jest jedną z wielu wymierających przestrzeni Hiszpanii (to wymieranie wspaniale ujmuje film “Niebo obraca się”/”El cielo gira”), a którą próbuje się zrewitalizować sztuką ulicy. Wydaje się, że działa: http://www.theguardian.com/artanddesign/2015/apr/14/street-art-fanzara-spain-graffiti-artists

Mam kilku ulubieńców wśród artystów, którzy tworzyli lub tworzą w Saragossie. Pierwszym z nich jest niewątpliwe Roa – Belg, który działa w różnych miastach (np. bardzo bym chciała zobaczyć lisa, którego podobno stworzył w Bristolu). Uwielbiam go za monumentalne biało-czarne zwierzęta, które sprytnie sytuuje w zaskakujących zakamarkach miasta. W Saragossie mam słabość szczególnie do jego królika, który niestety z roku na rok niszczeje coraz bardziej. Bardzo lubię też słonia i ogólnie zadbany styl lokalnego artysty o pseudonimie Chiquita. Poza tym, to bardzo fajnie w przestrzeń miejską wpisują się pop-artowe prace rosyjskiej grupy 310 Squad. Jest też sporo prac, których nie udało mi się znaleźć (jeszcze?) w Internecie i twórców których nie znam.

Las Fiestas del Pilar

Święta Pilar (Święta Kolumny/Filaru) niewątpliwie zasługują na osobny wpis. Są to niewątpliwie najbardziej charakterystyczne uroczystości Saragossy. Obchodzone są w październiku, a w ich czasie la ciudad se vuelve loca, czyli miasto szaleje. Nie oznacza to jednak czysto hedonistycznej zabawy i dużej ilości wina, którym (fatkycznie) spływają ulice miasta, ale rownież ożywienie kultu religijnego i niezwykłego szacunku, jakim mieszkańcy miasta darzą niepozorną, choć bogato przyodzianą na ten okres figurkę Maryi. To ona jest w centrum tych świąt i w centrum placu przy bazylice: wznosi się na swoistym kopcu stworzonym z kwiatów w czasie ofiarowania kwiatów przez mieszkańców (Ofrenda de flores a la Virgen del Pilar) i każdy chcę ją choć raz zobaczyć (ciągłe tłumy ludzi, które ją otaczają nie sprzyjają spokojnej refleksji w jej obecności).

Mieszkańcy Saragossy bardzo angażują się we wszystkie uroczystości. Wielu z nich sięga po tradycyjne stroje, które sprawiają, że wyglądają jeszcze piękniej i atrakcyjniej, a na pewno bardziej hiszpańsko, niż zwykle. Każda dzielnica chce dać lub pokazać coś od siebie. Świętom często towarzyszy Krajowy Festiwal Joty (czyt. choty), w trakcie którego można spróbować dać się uwieść tym specificznym pieśniom oraz tańcowi, które stanową aragoński (i mniej imponujący, ale często bardziej autentyczny) odpowiednik flamenco. Pite ze specyficznych pęcherzy czerwone wino towarzyszy mniej religijnym czy tradycyjnym celebracjom.

Ważnymi elementami są również przemarsz  gigantes y cabezudos, czyli znanych z innych miast Hiszpanii postaci z wielkimi głowami, które w odróżnieniu od pełnych godności gigantów mają bardziej komiczny charakter, a także la feria taurina, czyli korrida, która ma odbywa się na Plaza de los Toros (La Misericordia) w Saragossie. Na szczęście w centrum miasta to wydarzenie jest właściwie niezauważalne (plac jest w sporej odelgłości od casco historico, czyli starówki). Nikt z moich hiszpańskich znajomych nie popiera tego typu rozrywki.

Ostatnim fenomenalnym wydarzeniem świąt jest odtworzenie różańca w postaci procesji monumentalnych szklanych latarnii (Rosario del cristal). Każdą z nich prowadzi spora grupa mężczyzn i każda reprezentuje inną stacje różańca. Jest to przedziwna tradycja, ale prowadzone późnym wieczorem olbrzymie latarnie w kształcie Bazyli del Pilar czy wielkiego statku, robią wielkie wrażenie. W ciągu roku można je wszystkie obejrzeć w dedykowanym im muzeum (Museo de los Faroles y Rosario de Cristal) w koście św. Piotra Nolasco.

WP_20150321_13_02_09_Pro.jpg

Jedna z latarnii

Święta Pilar mogą okazać się dosyć męczące, bo w czasie ich trwania, gdziekolwiek się nie obejrzymy, będzie nam towarzyszy bardzo wielu ludzi. Ja osobiście bardzo polecam wzięcie w nich udziału, bo są ciekawe, egzotyczne i łączą sporo ciekawych elementów składających się na hiszpańską tożsamości.

Na koniec utwór znanej hiszpańskiej piosenkarki, która pochodzi z Saragossy, dotyczącą tego, jak jej w dzieciństwie powtarzano, że będzie śpiewać joty.

 

 

Dziwne i mniej dziwne święta saragossańskie i nie tylko

Decydując się na pobyt w tym, a nie innym terminie, nieświadomie trafiłam na czas obfitujący w święta, których nie zapamiętałam z mojego wolontariatu. I tak, piątego marca była tak zwana Cincomarzada, upamiętniająca zwycięstwo lokalnej ludności w udaremnieniu próby podbicia miasta przez karlistów, czyli zwolenników Karola Burbona, niechętnym Izabeli II Hiszpańskiej, która ostatecznie została królową. Wydarzenia tak kluczowe dla Saragossy miały miejsce właśnie 5 marca 1838 roku. Dziś upamiętnia się je dniem wolnym od pracy (ale tylko dla mieszkańców prowincji!) oraz przepyszną pokaźną piąteczką z miękkiego ciasta, przekładaną kremową masą śmietanową – cinco de nata.

 

Tego dnia udało mi się wziąć udział w jeden z wielu wycieczek, które organizuje gozARTE (http://gozarte.net/). Bardzo żałuje, że nie wiedziałam o ich istnieniu, gdy mieszkałam w Saragossie. Organizują fantastyczne wyprawy krajoznawcze, zwiedzanie mniej znanych zakątków Saragossy i imprezy tematyczne. Przewodnicy, których miałam przyjemność słuchać to ludzie z pasją i imponującą wiedzą, którzy opowiadają o historii i sztuce w sposób ciekawy, a często nawet humorystyczny. Świetnie się ich słucha po hiszpańsku, i to w tym języku głównie operują, ale z tego co wiem, jest możliwość rezerwacji wycieczek w języku angielskim.

Już teraz nie pamiętam szczegółów wycieczki śladami wydarzeń piątego marca 1838. Trwała kilka godzin i kosztowała 8 euro. Był to bardzo wietrzny dzień, jakich wiele w stolicy Aragonii. Wiem, że poznałam dawną miejscówkę kościoła świętego Jakuba. Dopiero wtedy uświadomiłam sobie, że nieobecność kościoła tego właśnie świętego w ścisłym centrum Saragossy powinna mnie zaskakiwać, zważywszy na wiodącą rolę, jaką ten święty odegrał w historii miasta. Według legendy, to właśnie jemu ukazała się Maryja na kolumnie (filarze) w rzymskim mieście Caesaraugusta. No i faktycznie, jego kościół był blisko katedry, lecz dziś tylko płaskorzeźba przypomina jego dawną bytność na ulicy Don Jaime I. Saragossa ma dziś nowy kościół świętego Jakuba, ale daleko od centrum.

W czasie wycieczki, sympatyczna przewodniczka podkreślała buntowniczą naturę mieszkańców Saragossy, którym po podbiciu muzułmanów król Alfons I Waleczny w 1118 zagwarantował znaczne przywileje, o które mieszkańcy upominali się przez wieki w różnych sytuacjach, zaskakując rządzących i wprowadzając ich w sporą konsternację. Tak też dowiedziałam się, że ludzie z Saragossy znani są ze swojego uporu, jako cabezotas, i szczególnie z kobietami z Saragossy nie warto się kłócić (ich waleczność potwierdzają zresztą liczne epizody z historii regionu).

Wycieczka skończyła się w La Rambla, dzielnicy, której nigdy nie poznałam za dobrze, a która ma swój urok. Można w niej znaleźć ciekawe murale i całkiem zabytkową, choć często zaniedbaną architekturę. Odnoszę wrażenie, że sporo imigrantów w niej zamieszkuje, ale nie znam statystyk, które mogłyby to potwierdzić.

Całkiem bym zapomniała o święcie całkiem swojskim, bowiem 8 marca był Dzień Kobiet. Była to również niedziela, i dlatego trudno mi odróżnić świąteczności tego dnia, od świąteczności zwykłej niedzieli. Wiem, że miał miejsce spory marsz kobiet, w którym nie mogłam wziąć udziału, oraz rekonstrukcja oblężenia Saragossy (los sitios), które jednak nie miały wiele wspólnego z celebrowaniem płci pięknej. Co ciekawe, rokrocznie nawet Polacy biorą udział w takich rekonstrukcjach, ostatecznie i oni walczyli po stronie Napoleona przeciw broniących swojej niepodległości Hiszpanom.

19 marca zaś był dzień taty, który jest dniem świętego Józefa, słynnego ojca i patrona stolarzy. W ten dzień również można jeść śmietanową słodycz, ale tym razem w kształcie laski. Nie jest to dzień wolny od pracy, za to jest to dość popularne święto, bo są to również imieniny Józefów i Józefin, czyli Pepów i Pep, których jest w Hiszpanii dość sporo, a na pewno więcej niż w Polsce.

Dziennik napisany w Saragossie

Już ponad rok minął od mojego trzytygodniowego pobytu w Saragossie. Kocham to miasto, ale sentyment mam do całej Aragonii, a może i Hiszpanii w ogóle. Przez 10 miesięcy byłam tam wolontariuszką w fundacji, która organizowała zajęcia i warsztaty dla osób chorych psychicznie, a robiłam to ramach Wolontariatu Europejskiego, czyli European Voluntary Service. Tam też poznałam wspaniałych ludzi i nauczyłam się hiszpańskiego. W marcu 2015 powróciłam, by przypomnieć sobie jak to jest żyć w Saragossie, stąd dość długi pobyt – krótkie, turystyczne odwiedziny w miejscu, w którym kiedyś żyłam zupełnie nie zaspakajały moich potrzeb.

I tak przez trzy tygodnie zostałam na nowo przyjęta na łono tego całkiem gościnnego miasta, które jak mi się zdaje szanuje swoich mieszkańców. Byłam świadkiem rozkwitu pąków drzew i nadejścia wiosny, ale również rzeka Ebro przypomniała mi o swojej drapieżnej naturze – przez pierwsze dni mojego pobytu jej poziom wzrósł drastycznie, a jej kotłujące się wody przerażały patrzących. Mimo, że samo miasto nie ucierpiało za bardzo, to prowincja została mocno poturbowana.

W kolejnych wpisach opiszę szczegółowo niektóre aspekty mojego pobytu w stolicy Aragonii, ale teraz pozwolę sobie skrótowo zapisać, dlaczego moim zdaniem warto (po)być w Saragossie:

  • Żeby zobaczyć jedną z najbardziej imponujących chrześcijańskich świątyń na świecie
  • Żeby dać się zaskoczyć kunsztowi i oryginalności wszechobecnego street artu
  • Żeby doświadczyć różnorodności przestrzeni muzealnych
  • Żeby posłuchać dźwięcznego i wyraźnie wymawianego języka hiszpańskiego, a może nawet nauczyć się kilku słów el aragonés.
  • Żeby na przykładzie historii Saragossy przypomnieć sobie historię Hiszpanii i tego jak niesamowicie przeplatały się w tym miejscu dzieje imperium rzymskiego, wizygotów, muzułmanów, żydów i chrześcijan
  • Żeby dać się uwieść buntowniczej naturze mieszkańców tego miasta, którzy znani są ze swojego uporu (zwłaszcza kobiety;)
  • Żeby zrobić to, co fajnie robi się w Hiszpanii: zjeść tapas, wypić kieliszek wina, kanię (caña) lub szklankę kwaśnego, orzeźwiającego cydru, ale także iść do lokalnego supermarketu i obserwując ludzi zorientować się, kiedy gotowe są gorące bagietki, kupić ser z Burgos lub Manchego, pyszne warzywa czy ewentualnie gotowe gazpacho i iść na targ lub do Martin Martin, by kupić różne oliwki, a potem jeść, pić i radować się, że jesteśmy w Hiszpanii.

Język turecki

W inspiracjach wspomniałam, że śpiewany język turecki pięknie brzmi. Tak właśnie mi się wydaje, ale bardzo lubię ten język również mówiony. Uczyłam się go pół roku w ramach filologii tureckiej i zrobił na mnie bardzo dobre wrażenie: jest wspaniale, odświeżająco inny od języków europejskich, z którymi miałam styczność, czyli języków romańskich, germańskich i słowiańskich. Na początku wydaje się bardzo trudny, co w sumie jest przyjemne, bo osoba ucząca się musi robić małe kroczki, i nie ma mowy o skokach, czy saltach, jakie może wykonywać np. osoba ucząca się francuskiego, lub hiszpańskiego, która zna włoski (tak przynajmniej było w moim przypadku). To zupełnie nowy system i nowe, nieznane struktury, ale już po kilku tygodniach można się zachwycić logicznością i wewnętrzną spójnością tego języka, który w dużej mierze bazuje na przedrostkach (prefiksach) i przyrostkach (sufiksach). To właśnie dzięki aglytunacyjności tureckiego (czyli do słowotwórczego „lepienia” różnych elementów języka) możliwe jest stworzenie takiego dwuczłonowego potworka:

Çekoslovakyalılaştıramadıklarımızdan mısınız

To formalnie rzecz biorąc pytanie: „Czy jesteś jednym z tych ludzi, których nie moglibyśmy sprawić by byli Czechosłowakami?”

W odróżnieniu do języka angielskiego, język turecki jest trudny głównie na początku, a gdy już opanuje się podstawy, jest łatwy (mam ochotę napisać „łatwiejszy od angielskiego”, bo tak mi powiedziano na zajęciach oraz takie miałam wrażenie już po kilku miesiącach nauki tureckiego, ale w związku z tym, że moja przygoda z tureckim nie była długo, nie powinnam szarżować z tego typu porównaniami).

Pamiętam, gdy Pakize, której mentorką byłam na drugim roku studiów i która do dziś jest moją dobrą koleżanką, zapytała na początku swojego pobytu w Krakowie i swojej (nie zbyt długiej) przygody z językiem polskim, czy język polski to język, który się czyta, tak jak się pisze. Trochę mnie zaskoczyło to pytanie, ale wyobraziłam sobie zdanie w języku polskim, i to jak je należy przeczytać, po czym z pewnym wahaniem odpowiedziałam, że tak. Na twarzy Pakize, która studiowała filologię angielską, dostrzegłam wielką ulgę. Powiedziała, że turecki też. To wzbudziło we mnie pewne wątpliwości, bo przecież, jeśli jest taki jak polski, to ja powinnam być w stanie go czytać tak jak Turcy, a przecież nie potrafię.

Dopiero po kilku pierwszych lekcjach tureckiego zrozumiałam, że Pakize miała rację i turecki jest pod względem fonetycznym taki jak polski, a nie taki jak angielski czy francuski, i jeśli już zna się reguły wymowy kilku znaków, które w tureckim są inne niż w polskim, to można po turecku czytać. To duże ułatwienie.

Chciałabym nauczyć się języka tureckiego.

Inne tureckie inspiracje

Muzyka

Nigdy nie byłam znawczynią muzyki i nie mam szczególnie wysublimowanego smaku w tej kwestii, z czystym sumieniem jednak mogę polecić album „İlk Şarkılar”. Zrealizował go Fazıl Say, a moje ulubione utwory to İnsan İnsan, Dört mevsim, Sordum Sarı Çideme oraz Akılla Bir Konuşmam Oldu.

Są wspaniałe. Język turecki, którego jestem fanką, w śpiewie brzmi jeszcze lepiej. Na dowód polecam jeszcze jedną piosenkę: Yani (autor: Fırat Tanış).

Film

Niestety nie oglądałam zbyt wielu filmów tureckich. Wielkie wrażenie wywarł na mnie „Zimowy sen” z 2014 roku. Film nie każdemu się spodoba: jest długi, dzieje się w dużej mierze w rozmowach o wymiarze filozoficznym, a na pewno egzystencjalnym, nie daje (wulgarnej) satysfakcji, a porusza w sposób, w który być może nie chcemy być poruszani, czyli prowokuje nas do sięgnięcia w głąb siebie i przyjrzenia się własnej małości, samotności, a może nawet odczucia rozczarowania sobą i fasadowością naszego życia. „Akcja” filmu (jeśli można o takowej mówić) toczy się wśród surowego, zimowego krajobrazu Kapadocji.

Tureckie inspiracje kulinarne

Wielokrotne wizyty w Turcji sprawiły, że poznałam i zaadaptowałam do własnych potrzeb kulinarnych kilka tureckich produktów. Jednym z nich jest przyprawa sumak/sumac, którą na gruncie brytyjskim bardzo rozpowszechnił Yotam Ottolenghi i jego fantastyczne dania (szczególnie wegetariańskie). Ta ciemnofioletowa przyprawa o lekko cytrynowym smaku jest idealnym dodatkiem do smażonego lub pieczonego bakłażana, ale fajnie smakuje również jako dodatek do pasty z awokado.

Gdy jestem w Krakowie to chętnie chodzę do tureckiego marketu na Starym Kleparzu, skąd wychodzę obarczona ayranem, dobrej jakości przecierem z pomidorów oraz gotowymi potrawkami z bakłażana. Od czasu do czasu daję się skusić na przepyszne, ciemne, pomarszczone oliwki o bardzo intensywnym smaku oraz pyszną bakławę.

Z dań zainspirowanych Turcją, które czasem gotujemy wymienić mogę grillowaną okrę z sumakiem.

Stambuł

Czy tylko mi się wydaje, że Stambułowi naprawdę brakuję tego „I” na początku? Z rozpędu nierzadko popełniam błąd mówiąc o „Istanbule”. Lubię to miasto, choć nie znam go tak dobrze jak bym chciała. Nigdy nie przydarzyło mi się w nim nic złego i generalnie nie mam stamtąd nieprzyjemnych doświadczeń. Dopiero w trakcie ostatnie wizyty udało mi się poznać to miasto trochę „od środka”, bo mieszkaliśmy u tureckich znajomych, którzy pokazali nam bliżej dzielnicę Galata – jedno z największych odkryć wyjazdu. Jest to przestrzeń trochę hipsterska, wyraźnie cool, ale bez głupawej świadomości tego, że jest cool (jak to było trochę w przypadku Çeşme). Umożliwia wypicie kawy, herbaty czy zjedzenie lunchu z przepysznym widokiem na zabytkowy Konstantynopol, z pałacem Topkapi, Hagią Sofią oraz Błekitnym meczetem, a także wypicie modnego, dość drogiego piwa o ciekawym smaku w jednym z wielu fantastycznych i unikalnych lokali.

Tu pozwolę sobie na małą dyrgresyjkę. Turcja nie jest krajem dużo droższym niż Polska i wiele produktów ma porównywalne ceny, dużo zależy też od obszaru, w którym jesteśmy. Uderzająca jest jednak różnica w cenie alkoholu! Jest on bowiem bardzo drogi i nie zawsze wszędzie dostępny. W sumie jest to dość smutna sprawa, bo jest to wynik światopoglądowo ociężałej działalności obecnego rządu tureckiego, którego poparcie w miejscach opisanych w ramach tego blogu jest znikome. Alkohol jest więc drogi, bo jest niemoralny i powinno utrudniać się do niego dostęp. Sytuacja jest o tyle dziwna, że będąc w Turcji można się dać zaskoczyć liberalnością i normalnością tego kraju oraz przez długi czas nie zauważać hamujących i wstecznych reform czy utrudnień wprowadzanych przez Erdoğana i jego ekipę w ostatnich latach. W chwili jednak, gdy idziemy na piwo przypominamy sobie o kierunku, jaki chce się, zwłaszcza zachodowi kraju (również siłą), narzucić.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Dzielnica Galata widziana z Topkapi

W każdym razie Stambuł jest wielkim i wielokulturowym miastem, w którym kiedyś pragnęłabym dłuższą chwilę pomieszkać. Jest tam wiele bardzo ciekawych rzeczy do zobaczenia. W ramach letniej wizyty bardzo polecam wizytę w Cysternie Bazyliki, znanej również jako Pałac Jerebatan. Jak dla mnie, miejsce to ma niezwykły urok i atmosferę, nawet, jeśli jej zwiedzanie trzeba poprzedzić staniem w kolejce. Uwielbiam chłód tej cysterny oraz wielkie ryby pływające pod stopami zwiedzających, a także tajemnicze głowy meduzy.

Na mojej liście zabytków do zobaczenia znalazłaby się również Hagia Sophia (tur. Ayasofya). Ja mam sentyment do tego muzeum, które było katolicką bazyliką oraz meczetem. Jest niezwykłe, właśnie ze względu na swoją historię oraz na piękne mozaiki, których urok można docenić nawet wtedy, gdy jest się przytłoczoną/ym dość męcząco turystyczną atmosferą tego miejsca, w którym niełatwo doszukać się już sakralności. Bilet normalny nie jest tani, ale jeśli jest się w Stambule kilka dni to warto pomyśleć o zakupieniu specjalnego karnetu na kilka atrakcji.

Tym spragnionym głębszych religijnych doznań czy nawet właśnie żywszej sakralności polecam darmową wizytę w Błękitnym meczecie. Jego ogrom przytłacza, ale kolory i zdobienia windują chyba nie tylko nasze spojrzenie, ale również ducha. Jest to popularne miejsce modlitwy wśród muzułmanów, więc przy wejściu obowiązuje nakaz okrycia głów, ramion oraz nóg. Przy wejściu jest wiele chust, którymi można się skrzętnie pookrywać. Nie wolno wchodzić w butach, które jednak można trzymać w rękach i włożyć z powrotem po wyjściu ze świątyni. Mimo wizyt w wielu meczetach oraz sporej ilości dobrych znajomych, którzy są muzułmanami, sama wciąż nie orientuje się w geografii meczetu oraz symbolice w nich obecnej. Nie mogę również powiedzieć bym czuła się szczególnie swobodnie w tych świątyniach, bo ze względu na słabą znajomość reguł Islamu, obawiam się, że mogę czymś kogoś urazić lub rozproszyć kogoś w modlitwie, bo przestrzeń jest otwarta, więc nie można się schować za ławkami etc. Ale też jakoś łagodnie na mnie oddziałuje spokojna atmosfera, obecność miękkich dywanów i takie trochę uspakajające poczucie, że jesteśmy u kogoś w domu (w końcu musieliśmy zdjąć buty).

W ramach ostatniej wizyty skusiliśmy się równie na Topkapi, które jest wyjątkowym miejscem, pobudzającym wyobraźnie nie tylko ze względu na (raczej mało romantyczny i bardzo sformalizowany) harem, ale również obecność zachwycających skarbów w postaci drogocennych mieczy, sztyletów czy elementów garderoby. Warte uwagi są również sakralne pamiątki i przedmioty istotne dla wyznawców Islamu. Generalnie, jest tam dużo piękna: ono właściwie skapuje ze ścian i męczy, jeśli nie mamy przestrzeni, by się tym wszystkim cieszyć. Niestety, nie wiem kiedy się tam wybrać by nie natrafić na olbrzymie tłumy. Zdecydowanie odradzam zwiedzanie w sezonie letnim, bo wtedy nie tylko ciżba męczy.

Kolejnym ważnym punktem na trasie zwiedzania Stambułu, ale tym razem z trochę innego beczki, jest Taksim – dzielnica, ulica i park. Myślę, że to miejsce zapisuje się w historii nie tylko od słynnych protestów antyrządowych sprzed kliku lat, ale również teraz, gdy oficjalnie nie sprzątane i nie zadbane przez urząd miasta łasy na pieniądze z potencjalnych inwestycji w tym miejscu, jest wciąż odwiedzane i nierzadko sprzątane przez wolontariuszy. Odchodzi od niego bardzo zatłoczona ulica, w stylu krakowskiej Floriańskiej, czy wielu innych ulic-pokazówek. To właśnie na niej znajduje się najlepsze miejsce do spróbowania bakławy oraz kilka fajnych restauracji.